"Cierpienie uszlachetnia".
Ciekawe kogo?
Do każdego przełknięcia przygotowuję się kilka, kilkanaście minut. Odwlekam to jak mogę, bo wiem, jak ogromny ból mi to przyniesie. Na samą myśl łzy zaczynają spadać mi po policzkach jak groszki i moczą koszulę, a potem poszwę. Kogo uszlachetnia takie cierpienie? Mnie nie. Owszem, pokornieję i błagam w myślach o ulgę, ale wiem, że ona nie nadejdzie. Lada moment rozpocznę trzeci dzień bez posiłku. Brakuje mi jedzenia; chciałabym zjeść kanapkę z szynką i ogórkiem. Na samą myśl o posiłku znów czuję ścigające się po policzkach groszki i nie wiem, czy to z tęsknoty, czy ze strachu, co się stanie, jak będę musiała przełknąć kęs. Hej! Kogo chciałobyś uszlachetnić, Ty moje okrutne cierpienie?
Kiedy wydaje mi się, że jestem gotowa do kolejnego przełknięcia, nagle tchórzę. Zmuszam się, by zasnąć, ale budzę się najdalej za godzinę. Dochodzi północ, jestem diabelnie zmęczona, ale nie mogę zasnąć. Kogo to uszlachetni? Tę, która do mnie dzwoni, mimo że uprzedzałam ją jak cierpię, i która nie rozumie, jaki to ogromny ból, kiedy próbuje się wydać dźwięk? Czy tę, która tak zatopiona była we własnych myślach, że nie zauważyła, jak ciężko mi było w ciągu dnia i pyta mnie, co się dzieje?
Staram się przełykać najrzadziej jak się da. Mogłabym spróbować się zmotywować, gdybym widziała w tym sens. Ale czuję, że po każdym przełknięciu od razu przydałoby się następne. I natychmiast oczy robią się mokre, a koszulka nie zdąży wyschnąć do następnego razu.
Zamykam na siłę oczy, ale ból nie daje mi zasnąć. Jest jak natrętny komar, który nie chce się wynieść z pokoju. Może włączę film? Na filmach często zasypiam.
Kiedy pomyślę sobie, że może mi się zdarzyć umierać ściśnięta przez ogrom bólu, wypowiadam życzenie, aby do tego czasu można było legalnie skrócić cierpienia.
Spróbuję zasnąć. Zanim położę głowę na poduszce, spróbuję przełknąć. Spróbuję...
MNIE TO NIE USZLACHETNIA!!!